menu-iconlogo
huatong
huatong
sopsr-ballada-o-lekkim-zabarwieniu-gastronomicznym-cover-image

Ballada o lekkim zabarwieniu gastronomicznym

Słoń/PSRhuatong
almabpxhuatong
Testi
Registrazioni
Ona i on rodzeństwo, on był starszy o lat kilka

Mimo to młodsza siostra traktowała go jak chłystka

On jak tyczka chudy, ciuchy stale wiszą na nim

Kiedy ona osiągnęła prawie 300 kilo wagi

Wszystko w małym gospodarstwie miało miejsce, w sercu Bieszczad

Chatka gdzieś za wsią, życie tutaj nie rozpieszcza

Gdy splajtowała rzeźnia, z dnia na dzień stracił robotę

Szedł do chaty płacząc, ciągnąc nogami po błocie

Stał godzinę pod domem, tak bardzo bał się przyznać, bo

Jego siostrzyczka często bywa agresywna

Zawsze biła go po twarzy, co kręciło go poniekąd

A jej krzyki brzmiały jakbyś tarł metalem o beton

Poznał czym jest piekło już we wczesnym dzieciństwie

Starzy go odrzucili faworyzując dziewczynkę

Jej niewinne zachcianki musiał spełniać niczym służba

Podczas kiedy ojciec z matką uwielbiali bić i bluzgać

"Jesteś nikim kurwa", krzyczeli codziennie

Za najmniejsze wykroczenie z miejsca dostawał po gębie

Stary mówił, że obedrze go ze skóry tępym ostrzem

Jeśli kiedykolwiek przestanie dogadzać swojej siostrze

Chłopiec miał swój kojec w ciemnym rogu izby

Matka z obrzydzeniem dawała mu jeść jak psu do miski

W atmosferze wyzwisk zmieszanych z chorą presją

Przez 17 lat go dokarmiała piersią

"Dbaj o rodzeństwo, kochaj siostrę, bo jest święta"

Głaszcząc go, lubiła zaskoczyć ciosem w żebra

Chora rodzicielka co dzień robiła mu musztrę

Aż spojrzenie chłopaka zrobiło się całkiem puste

Leżał w brudnej bluzce w ciemnym rogu chatki

Obserwując starych oddanych zwierzęcej kopulacji

W mroku patrzył na ich seks, chłonął ich krzyki w nocy

W końcu urosła otchłań w nim czarna jak onyks

W dzień ukończenia szkoły biegł do domu, żwawo truchtem

Zdał profil rzeźniczy w miejscowej zawodówce

Minął furtkę, a głos stanął w gardle mu jak knebel

Gdy znalazł rodziców wiszących za stodołą na drzewie

Dziewczynka niczym ciele patrzyła jak wisielce

Mimo wywiniętych białek wciąż trzymają się za ręce

Stanął na krześle, odciął ich i wniósł do szopy

Przede wszystkim chciał siostrze zaoszczędzić posoki

Jak spuszczony z obroży dźgał śrubokrętem ścierwo

Niczym szukający w drzewie pożywienia głodny dzięcioł

Przeszło mu po godzinie, obmył się wodą ze studni

A z tego, co z nich zostało, ugotował gęsty krupnik

"Nie czas na smutki, od dziś ja się tobą zajmę

Będzie fajnie, zobaczysz, daję ci słowo jak harcerz

Przecież znasz mnie", mówił głosem pełnym troski

Do liżącej z fascynacją talerz młodszej siostry

Mijały wiosny, ona rosła jak na drożdżach

O ich gospodarstwie cały Boży świat zapomniał

Brat i siostra na odludziu, on się imał różnych robót

W trakcie, kiedy ona w ogóle nie opuszczała domu

Niczym Gollum blada, gały wlepione w ekran

Rozlana na kanapie gnije w przepoconych swetrach

Kiedyś mała dzieweczka, dziś otyła maciora

Tłusty bebech jak wór pyrów ciężko zwisał jej do kolan

Cała spocona klnie, sięgając po pilot

Cechuje ją podłość oraz skrajna otyłość

A o dziwo brat uwielbiał być jej sługą i podnóżkiem

Mimo, że tak jak rodzice traktowała go okrutnie

"Jesteś kundlem, słyszysz? Modlę się o to, że zdechniesz

Nie kupuj paprykowych chipsów, wiesz, że ich nie cierpię

Chcę więcej!", krzyczała, "Co zrobiłbyś beze mnie?"

On patrząc w podłogę słuchał, chowając erekcje

Codziennie obmywał jej gąbką odleżyny

Nawet nie chcesz wiedzieć jak cuchnęło spod pierzyny

Wycierał jej szczyny i ścierał gówno z tyłka

Bo była za ciężka, żeby wychodzić na dwór do kibla

Chamska i ohydna, nadziera wciąż tą japę

Przed sekundą zjadła tonę, a już krzyczy, co z obiadem

Głośno sapnie, charczy, nie mógł nawet nocą pospać

Jej chrapanie brzmiało jakby słoń jebał nosorożca

W ich domu patologia z dnia na dzień rosła w siłę

Któregoś dnia stwierdziła, że już dość ma szynek

Chce prawdziwe żywe mięso, czym trochę się obruszył

Przecież od zamknięcia rzeźni nie miał dostępu do tuszy

Był ponury, szedł szosą i gdy pił samogon

Znalazł potrącone zwierzę, z krzaków wystawał sam ogon

Na oko może fretka albo kuna, nieważne

Grunt, że zaspokoi głód tej cherlawej biedaczce

Biegnąc do domu śmiał się, szczęśliwy wpadł do środka

Czekała już na niego, jego pachnąca podlotka

Rzucił jej krwawy ochłap i trwało to dosyć krótko

Nim została ze zwierza garstka kości i futro

"Uwielbiam dzikie truchło, lecz to za mała porcja

Wyciągnij ze stodoły sidła kłusownicze ojca"

Szybko wykonał rozkaz, czuł dziki zew jak łowca

Rozstawił wnyki w okolicznych lasach i na łąkach

Czasami na obiad przynosił jej padlinę

Najbardziej lubiła, kiedy mięso jest lekko nadgniłe

Nigdy nie jadła aż tyle, a jej apetyt rósł

Wszystko, co przyniósł, pchała brudną łapą do ust

"Czuję głód, ciągle jest mi mało mięsa"

Tylko siedzi i narzeka ta baryłowata jędza

Cztery doby nie spał, myśląc w nocy i za dnia

Aż wpadł na pomysł, żeby okraść pogrzebowy zakład

Zakradł się tam w nocy, nikogo nie ma w środku

Po otwarciu okna doszedł go formalinowy podmuch

Na środku sali w worku leży jakaś staruszka

Przerzucił ją przez ramię i uciekł na paluszkach

"Smakuje jak kurczak, no popatrz jak cię karmię"

Ciało starszej kobiety sprawnie oprawił w wannie

Upichcił cały garnek pełen flaków i kończyn

Siostra z oburzeniem wyciągnęła z miski kolczyk

Parę dni było spokojnych, wyciszył jej apetyt

Leżał w nogach jak pies, oglądali kabarety

Śmiali się niczym dzieci, naprawdę było pięknie

Właśnie takie proste chwile definiują w życiu szczęście

Czuł, że nadejdzie lada moment ta chwila

Że jej głód się wybudzi z hibernacji jak żmija

Dziewczyna przytulając brata do cyców

Głaszcząc go zaczęła swój monolog po cichu

"Pamiętasz rodziców? Pamiętasz tamten obiad?

Najczystszy rodzaj mięsa, a nie jakiś tam ochłap

Myślę o tym od tygodnia", pogładziła bebech

"Tak bym chciała, żebyś podarował mi cząsteczkę siebie"

Puściła beksę, "Błagam, zrób to dla mnie

Zachowasz się jak prawdziwy macho, jak twardziel

Naprawdę, nie daj się o to więcej prosić

No ile mogę jeść tych wysuszonych trocin?"

Poszedł do szopy, zbyt długo to nie trwało

Przyniósł piłę mechaniczną, którą zajebał drwalom

Ona uśmiechając się wciąż ciągnęła ten temat

I niemal dostała ślinotoku z podniecenia

"Apetytu nie mam, nie muszę dużo zjeść

A na przykład twoja łydka przypomina kurzą pierś

Usiądź gdzieś nad miską, naprawdę to banał

Po prostu się skup i tnij poniżej kolana"

Do gara wlał oleju i postawił na palnik

Dodał na listę zakupów, że kończą się zapałki

Nadchodzi katharsis, oparł się o ścianę mocno

Włączył piłę i puścił młodszej siostrze oczko

Horror, jucha tryska po meblach

Zagryzł zęby z taką siłą, że szkliwo zaczęło pękać

Skóra, ścięgna, łańcuch tnie więzadło

Trochę zaczęło trzeszczeć, kiedy na kość się natknął

Siemanko, piła rozrywa piszczel

"Dlaczego do cholery to nie chce iść szybciej?"

W uszach zaczęło piszczeć mu, na chwilę zasłabł

Czerń wchłonęła świat wokół jak gorący asfalt

Po kilku wrzaskach siostry, podniósł do góry głowę

Był tak długo nieprzytomny, że zapalił się olej

Spojrzał na lewą nogę i bordową kałużę

Zobaczył czerwony ochłap luźno wiszący na skórze

Słaby jak staruszek, spróbował się podnieść

Stracił sporo krwi, ale musi zrobić coś z ogniem

Chwycił jakiś rondel i po prostu chlusnął wodą

Siostra, podnosząc krzyk, nazwała go idiotą

W powietrzu płonący ogon wybuchł z nienacka

Patrzył z niedowierzaniem jakby czymś się naćpał

Umazana krwią posadzka nie pomogła mu uciec

Z osłabienia padł twarzą w oleistą juchę

Ogień ogarniał kuchnie, firanki i krzesło

Chciał wstać, lecz nie mógł, bo już tak bardzo nim trzęsło

Czuł, że spada mu tętno, spojrzał tylko na siostrę

Jak wierzgała grubymi nogami żałośnie

Płonęła już pościel i cuchnący materac

Ona miota się na ziemi jak żuk, leżąc na plecach

Wyzwała go od śmiecia i upadła na bok

Długo cierpiała, zanim ogień pochłonął jej ciało

Płomienie trawią dach, wszystko się zaraz zwęgli

Ogień w ich życiu niczym sędzia wydał swój werdykt

I oprócz dogorywającej sterty mebli

Został po nich popiół i odór zepsutych wędlin

Altro da Słoń/PSR

Guarda Tuttologo